Autor: Dagmara Wlaźlak Data: 8 gru 2011 Kategoria: Nowości |
Opowiem Wam dziś historię dnia wczorajszego
06.12.2011
Wymyślił już ktoś kiedyś taką regułę, że najlepsze przygody przytrafiają się z nienacka. Dlatego też, gdy nadarza się okazja, grzechem byłoby nie skorzystać.
Uczyniłam tak też i ja, gdy otrzymałam propozycję małej wycieczki i podziwiania uroków Teneryfy. Szczegółów nie znałam – Może to i lepiej , bo jak się później okazało z wycieczki, zrobiła się prawdziwa przeprawa przez tutejsze wzniesienia, ale o tym później…
Ranna godzina, za oknem ciemno, budzi mnie kolejna kłótnia sąsiadów – Znów zaspałam! Próbując otrząsnąć się z resztek mocnego snu w tym samym czasie robię kanapki, wciągam nogawkę spodni, czeszę włosy i sznuruję buta. Niestety, coś marnie mi to wychodzi..Przez wpół otwarte oczy zerkam na zegarek- Jak zwykle spóźniona – Czyżby i na mnie przeniknął kanaryjski zwyczaj spóźniania się?! Zarzucam cokolwiek na siebie i zostawiając miłą wiadomość dla współlokatorki, opuszczam nasz ‘apartament’ na Herradores. Wita mnie dość ciepły poranek i uśmiechy ludzi, zmierzających nie wiadomo dokąd – dziś święto narodowe. Szybkim krokiem udaję się na miejsce spotkania, delektując się architekturą uliczki, którą przemierzam po raz tysięczny. Delikatnie
spóźniona docieram na umówione miejsce, witam się ze współtowarzyszami ( Standartowe -Hola! I buziaczki). Ładujemy się do samochodów i możemy ruszać! W czasie drogi próbuję skomunikować się po hiszpańsku. Jednak mój mózg i niedospanie produkują jakieś śmieszne pół zdania. Porzucam tę ideę i przechodzę na angielski. Dowiaduję się, że startujemy z miasteczka najbardziej wysuniętego na zachód- Igueste , gdzie kończy się nawet droga.
Dziwi mnie przygotowanie współtowarzyszy i ich kijki, bo przecież miał być delikatny spacerek!Moje buty do profesjonalnych nie należą, ale dam radę!…Chyba…
Pędzimy czerwonym travel-wozem w kierunku Santa Cruz – stolicy. Mijamy port, plażę Las Teresitas i wjeżdżamy malowniczą drogą w górę, z widokiem na Ocean . Droga wije się niesamowicie wraz z ogromnym wirem w mojej głowie…Widoczki rekompensują lekką niepewność w żołądku . W czasie drogi prowadzimy ciekawą polsko-hiszpańsko-angielską rozmowę – Słowo „kurczaczek” nigdy wcześniej nie wydawało mi się takie śmieszne.
Igueste San Andrés
Czyli Anaga w innej odsłonie.
Docieramy do niewielkiego miasteczka, ozdobionego typową zabudową hiszpańską. Przygotowania do ‘spaceru’ u moich współtowarzyszy trwają pełną parą, podczas gdy ja zaczynam mieć spore wątpliwości. Słońce wygląda zza chmur- Ruszamy!
Górki nie wydają się tak wysokie…
Zarzucam moją wielofunkcyjną torbę-polecak, aparat pod ręką i rozpoczynamy spacer od ścieżki w postaci schodów pomiędzy domostwami. Zauroczona malowniczością wioski , naprawdę wąskimi uliczkami i oceanem po prawej nie spodziewam się nawet co czeka mnie w dalszej części. Pogoda tego dnia rozpieszcza nas przyjemnym słońcem . Chodnik zamienia się w szrutową drogę przyozdobioną licznymi kamieniami, a położenie ścieżki zaczyna przypominać pion. Dopiero od ok ¼ wzgórza zaczynam dostrzegać trudność trasy. Moje przygotowanie jest nikłe, a właściwie równa się 0. Zerkam na moje buty….
Wspinamy się coraz bardziej w górę i w górę. Otaczają nas przyjemne zielone wzgórza, w dole zaś ocean, plaże i Igueste. Dróżka koloru czerwonego wije się wśród skał wulkanicznych , od czasu do czasu towarzyszą nam skupiska kaktusów. Z ochotą maszeruję w górę , nie odczuwając jak na razie skutków np. nieodpowiedniego obuwia. Po ok. 1,5 h zdyszana i czerwona , ale zadowolona zdobywam szczyt góry! Rozkoszuję się widokiem, sądząc że połowa drogi już za mną . A trzeba przyznać ,że widoki są niesamowite. W szczególności ocean i wybrzeże wyspy, zarysowujące się gdzieś w oddali , oświetlone południowym słońcem.
Na szlaku spotykamy garstkę osób, w tym parę zabawnych Niemców. Moje nogi jakoś ogarnęły drogę w górę, buty też. Problemy zaczynają się przy zejściu w dół… czego już moje obuwie nie ogarnia…
Nasi przewodnicy wybrali dość dziki i niebezpieczny szlak . Co rusz czekają mnie strome zbocza , mnóstwo skał, przeskoki przez dziwne rzeczy…
Wąwóz prowadzi nas w dół ku plaży. Wszystkie sił skupiam na tym by tylko nie zjechać w dół. Dlatego też przerywam wszystkie miłe konwersacje. Na rozkoszowanie się widokami też nie mam czasu. Byle tylko nie kolejny poślizg…
Po ok. 40 minutach docieramy do skraju wąwozu . Moje stopy wszczynają alarm bólowy, ale widoki pozwalają zapomnieć o wszelkich niewygodach . Bo oto oczom moim ukazuje się przepiękna dzika plaża zamknięta oceanem i 2 blokami skał( Sądzę,że 2 moja ulubiona na wyspie). Próbuję przedostać się na dół…ale to wcale nie takie łatwe…
Po chwili dotykam stopami mięciutkiego, czarnego piasku, mieniącego się w słońcu – Wędruję ku falom. Jeszcze nigdy zimna woda nie sprawiła mi takiej frajdy, a raczej moim stopom. Zrzucam osprzęt i zanurzam się w odmętach oceanu . Dryfuję tak unoszona przez słoną wodę.
Kolejny raz w sercu Anagi, na dzikiej plaży, do której dotrzeć można tylko na nogach lub statkiem. Wokół ni w pół człówieków. Cisza, spokój i szum wody . Czas płynie leniwie. Mój żołądek domaga się porannych kanapek i wody. Zaś stopy delikatnego piasku.
Po sjeście czas ruszać z powrotem, tą samą drogą – Że słucham?! Ja mam tam wejść z powrotem?! Każda część mojego ciała stawia stanowczy opór, ale cóż mam za wyjście? Z lekkimi obawami wyruszam.
Następne 40 minut upływa z akompaniamentem niecenzuralnych słów w wielu językach , utratą oddechu, wyrazem twarzy godnym zdobywcy i ślamazarnymi próbami wspinaczki po skałach. Najwyraźniej wszystko to sklecone w całość, niezmiernie bawi moich współtowarzyszy, którzy ciągle robią sobie ze mnie żarty. No tak… Oni wprawieni w bojach, a ja biedna co?! Ale staram się dawać radę. Mimo że podczas drogi w górę umarłam, ze 3 razy to na pewno, wyplułam płuca i rzeka przekleństw zdawała się nie mieć końca (że co mnie podkusiło?!) Pnę się ku szczytowi z prędkością odrzutowca. Gdy już prawie rezygnuję (Ale tylko prawie) oto moim oczom ukazuje się finish II Etapu. Docieram jako 3 i czuję się jakbym zdobyła co najmniej Mount Everest! Uznaję to za mój sukces, po czym dostaje owacje na stojąco. Umieram przez kolejne 10 minut by powstać i zacząć Etap III i ostatni – Schodzenie.
Moje stopy już na granicy wytrzymałości, odczuwają najmniejsze ziarenko piasku. Schodzenie wcale nie jest takie łatwe. W dole słońce chyli się ku zachodowi… Ocean jakiś niespokojny , miasteczko szykuje się do snu, a Dagmara ledwie idzie. Skupiam myśli: Dam radę!
Ku mojej radości udaje mi się dotrzeć do końca trasy.
Igueste wita nas szczekaniem psów. Ostatkiem sił obserwuje klimatyczne budynki i podwórka. Odkrywam miejsce, gdzie śniadanie o poranku smakowałoby najlepiej. Resztkami sił ( Co jeszcze bardziej rozbawia moich współtowarzyszy i powoduje lawinę anegdot) turlam się do samochodu.
Dzień ten był nieprawdopodobnie długim. Mimo nieprzygotowania i wszelkich przeciw na mojej drodze – Dałam radę! Widoki zrobił na mnie ogromne wrażenie i uważam, że naprawdę – Warto było
Igueste San Andrés! – Jeszcze tu wrócę!
P.S Adrian możesz być ze mnie dumny!
P.S 1. Davinia, a pesar de que era tan increíble, voy a matarte!
P.S 2. Teide, nadchodzę !






































